czwartek, 9 września 2010

Smak rozczarowania kontra fascynacja bestsellerem

Z końcem sierpnia piszę sprawozdanie z warsztatów florystycznych dla dzieci, które mają miejsce w mojej kwiaciarni podczas ogólnopolskiej akcji Floryści Dzieciom. Artykuł wstawiam na bloga, potem na forum kwiatowe. Po niedługiej chwili, na forum zaczynają się sypać posty odnoszące się do mojego. Ku mojemu zdziwieniu są to bardzo niemiłe dla mnie wypowiedzi, wręcz uderzające we mnie i obrażające... Zaczyna być dla mnie jasne to, o czym myślę od dawna... Pierwsze przychodzi rozczarowanie,, potem jest mi cholernie przykro, żal i płacz ściska mi gardło... Osoby, które uważam za przyjaciół stają się w jednej sekundzie obcymi, dalekimi ludźmi! Dlaczego tak się dzieje? Cały czas zadaję sobie to pytanie. Dlaczego ludzie widzą to, co chcą widzieć, dlaczego niektórzy nie chcą spojrzeć dalej, niż na czubek własnego nosa? Dlaczego w końcu ktoś, kto jest fantastyczny, dobry, koleżeński, lojalny i miły - staje się hipokrytą? A może hipokrytą jest od dawna, a dobrze się z tym kryje? Ilu hipokrytów jest wśród nas? Nawet nie chcę tego wiedzieć... Dlaczego nie szanuje się osób, które nawet nie wyrażając swojej subiektywnej opinii a tylko ukazują prawdę? Przecież w życiu już tak jest, że prawda nie jest zawsze różowa... Prawda jest często czarna, gorzka i realnie niewygodna. Dlaczego ucieka się do fałszu i bezdusznej krytyki?

*******

W międzyczasie dostaję paczkę z książkami, które muszę wystawić na Allegro.pl dla "mojej" Amelki. Jedna okładka na dłużej przykuwa mój wzrok. Pod palcami czuję niesamowitą fakturę papieru...


Czytam "zajawkę" na tylnej okładce...

"Ktoś na mnie patrzył. To dość niezwykłe uczucie, kiedy jest się martwym..."

 ...zatrzymuję się i myślę... Korci mnie, żeby zacząć czytać i jednocześnie coś mnie powstrzymuje... Śmierć, duchy, ale też miłość, chyba nieszczęśliwa? O matko! Ciekawość jednak wygrywa, zaczynam czytać... Wciąga mnie jak ruchome piaski. Czuję, że grzęznę, że nie będę mogła się oderwać od tego tekstu! Co się dzieje?

Pochłaniam książkę w jeden dzień pomimo, że ma przeszło 200 stron. Nieważne, że kładę się spać grubo po trzeciej w nocy... Było warto. Oczywiście nie każdy będzie tak jak ja zachwycony pierwszym bestsellerem autorstwa Laury Whitcomb.

Zapraszam do zatrzymania się na chwilkę i obejrzenia trailera.


Mamy już 9 września a ja nadal nie mogę się otrząsnąć... Przyczyny są dwie... Jakże różne, jakże wywołujące skrajne emocje...

piątek, 3 września 2010

Zagłosuj na wrześniowe...

... MIEJSCE SYMPATYCZNYCH KLIMATÓW

Chcę Wam zaproponować nową blogową zabawę, która polega na tym, że raz w miesiącu przyznany zostanie wybranemu blogowi tytuł Miejsca Sympatycznych Klimatów.

Zachęcam do skopiowania poniższego zdjęcia i umieszczenia go podlinkowanego do tego posta - na swoim blogu, w pasku bocznym. Być może dzięki temu ktoś dowie się o tej zabawie, zagłosuje i stwierdzi, że to właśnie Twój blog jest Miejscem Sympatycznych Klimatów :)



  • Waszym zadaniem jest podanie w komentarzach pod tym postem 3 blogowych adresów, pod którymi znajdują się strony zasługujące wg Was na miano MSK w danym miesiącu.

  • Nie można wskazać swojego bloga, ani bloga, którego jest się członkiem.

  • Głosować można do północy ostatniego dnia każdego miesiąca.

  • Pierwszego dnia każdego miesiąca - po podliczeniu wszystkich głosów - do właściciela zwycięzkiego bloga powędruje banerek. Jeśli będziemy mieć remis - o przyznaniu banerka zdecyduje łut szczęścia (losowanie).

  • Kiedy któryś blog otrzyma 3 wyróżnienia miesięczne - automatycznie otrzyma tytuł Miejsca SUPER Sympatycznych Klimatów i tym samym przestaje brać udział w kolejnych głosowaniach, jednocześnie otrzyma prawo do jednorazowego przyznania jednemu, arbitralnie wybranemu blogowi tytułu Miejsca Sympatycznych Klimatów (po wskazaniu bloga - zostanie przygotowany specjalny banerek, który powędruje do właściciela tegoż bloga).


Rozpoczynamy głosowanie na wrześniowe MSK - gorąco zachęcam!

 Jestem ogromnie ciekawa, który blog wygra jako pierwszy! Wszystkim życzę powodzenia!

środa, 1 września 2010

Floryści Dzieciom...

... w kwiaciarni PARVIFLORA

Kartka w kalendarzu wskazuje 2 lipca. Zmęczona po całym dniu kwiaciarskiej dłubaniny, siadam z zimnym Magnusem wygodnie w fotelu, odpalam laptopa i zaczynam odprawiać codzienny rytuał przeglądania ulubionych stron www, wśró których jest oczywiście Forum Kwiatowe. Otwieram nowy temat i wczytuję się w ciekawy artykuł-apel. Chodzi o ogólnopolską akcję Floryści Dzieciom. Czekają na chętnych do współtworzenia projektu. Czy w to wchodzę? No jasne! Świetny pomysł no i kolejna okazja by zebrać trochę pieniążków dla Amelki! Zapisy przyjmowane są do 31 lipca. Na niemal 2 tysiące zarejestrowanych użytkowników - odpowiada garstka... Zastanawiam się, dlaczego tak się dzieje? Przecież to niesamowite przedsięwzięcie, którego chyba fajnie być członkiem i dać coś od siebie ot tak, dla dzieci? Suma sumarum - 30 punktów na florystycznej mapie Polski zaczyna świecić różowym światełkiem :)

Dokładnie miesiąc później, 2 sierpnia, dostaję e-maila od Janusza Błaszczyka - managera projektu. W nim Janusz dziękuje za przyłączenie się do projektu, czytam o potrzebie takiej akcji dla dzieciaków, o aktywizacji naszych lokalnych środkowisk, w końcu o wsparciu dla córeczki naszej forowej koleżanki - dla Amelci, do której bloga widzicie banerek z uśmiechniętą dziewczynką z prawej strony ekranu. Czytam również, że możemy liczyć na małe wsparcie [cytat: Dostaniecie na wasz adres 2 kartony zielonej gąbki firmy Victoria, odżywki do kwiatów ciętych dla uczestników warsztatów, odżywkę do kwiatów dla waszej kwiaciarni od firmy Victus - Emak marki Chrysal, plakat akcji do umieszczenia w widocznym miejscu.]. W załączniku - kilka przykładowych zajęć z kwiatami, dla Milusińskich... Poza tym - nasz poczynania warsztatowe zostaną pokazane na portalu. Wszystko wygląda świetnie! Z rogalem od ucha do ucha - zaczynam snuć plany...


Ustalam termin na swoje warsztaty na 29 sierpnia, w ostatnią niedzielę wakacji. Drukuję ulotki, które rozdaję klientom kwiaciarni, przechodniom na ulicy, zostawiam kilka w różnych sklepach i kioskach. Przygotowuję notke prasową, która dzięki uprzejmości kolegi mojego Małża - trafia do kilku redakcji prasowych, radiowych i telewizyjnych. Zbieram i pakuję fanty do loterii fantowej, z której całkowity dochód zostanie przekazany na leczenie i rehabilitację Amelci...

Z niecierpliwością czekam na plakat. Chciałabym go jak najszybciej powiesić w oknie wystawowym, a tu ni widu,  ni słychu... W końcu 12 sierpnia wchodzi listonosz. Taszczy karton - z nadruku na nim widniejącego wnioskuję, że jest to przesyłka z firmy Victoria. Stawia go przy ladzie, odkleja druczek, podsuwa do podpisania. Pytam się, czy to wszystko, co ma dziś dla mnie - a on na to, że tak. Hm... Mam lekkie obawy przed podpisaniem potwierdzenia odbioru przesyłki, bo spodziewam się 2 kartonów gąbki a tu widzę tylko jeden... Może się drugi zawieruszył... Kurczę! No nic, podpisuję w końcu ten nieszczęsny druczek, pan wychodzi ze sklepu a ja rzucam się z nożem na pudło. Otwieram je, a moim wielkim, mało nie wypadniętym z orbit oczom ukazuje się mieszanka przeróżnych produktów Victorii. Hm... Może to jakaś pomyłka? Czekam na 2 kartony zielonej gąbki (czyli około 50 kostek) a dostaję: 7 kostek gąbki zielonej, 7 kostek gąbki szarej, zieloną kulę w siatce, zielony garnet mały, duży, i 3 zielone florety różnej wielkości... Wiadomo, że darowanemu... itd. no ale HELOŁ! Spodziewam się jednego, dostaję drugie... Nie można było tak od razu? Praktycznie wszystko mam już przygotowane do pracy z dzieciakami, każde miało zrobić kawałek toru kwiatowego... W tej sytuacji muszę przeorganizować co nieco; ja wiem, że gąbka nie jest droga, ale zważywszy na fakt, iż finansuję wszystko pozostałe, czyli kwiaty, dodatki, naczynia, dyplomy, słodycze i in. - kolejny wydatek nie nastraje co najmniej pozytywnie...

Na dnie pudła list od pana Grzegorza Woźniaka i plakat. Szybko piszę na plakacie datę moich warsztatów, kilka słów o zapisach itp. Wieszam go na szybie w oknie wystawowym. Idę na forum, a tam... inne osoby zaskoczone tym, co zawierają ich przesyłki... Niestety zostajemy przegadane, kilka ostrzejszych postów znika z tematu... Wiecie co? Zaczynam się powoli gotować!

Ale - jak się potem okazuje - to nie jest jedyna okazja do podniesienia ciśnienia... Kolejną sprawą, która nie została dograna - pomoc dla Amelki. Pojawia się wiele niejasności, ludzie zaczynają pisać do managera projektu, na forum - co z puszkami, co z pozwoleniami na abiórkę publiczną itd. - ten odsyła wszystkich do Karoliny, która dzwoni do mnie zrozpaczona - co ma zrobić? Przecież nie stać jej na zakup 30 skarbon stacjonarnych, z których każda kosztuje blisko 70PLN! Po wtóre - jak ona sama ma załatwiać pozwolenia na zbiórki w róznych miejscach przez różne osoby? Mnie skarbonka od Karoli nie jest potrzebna, tak samo jak zezwolenie - bo już takowe mam u siebie od połowy czerwca... Inna nasza koleżanka z forum również... Ale co z pozostałymi? Spinamy się, piszę na forum, jak możemy rozwiązać ten problem. Zapewniam pomoc w wypełnieniu wniosku, kieruję, gdzie go wysłać. Kilka osób odzywa się do mnie w tej sprawie, za co serdecznie im dziękuję - choć jak się potem okazuje - nie ma możliwości otrzymania pozwolenia aż do 22 sierpnia - kiedy to pani, która się tym zajmuje - wraca dopiero z urlopu... Ta sprawa powinna zostać dograna na samym początku, ale tak to jest, kiedy do głosu dochodzi tzw. spychotechnika...

Po otrzymaniu paczki od Victorii - czekamy na przesykę od firmy Victus-Emak... W kilku miejscach zaczynają się pierwsze warsztaty. Bez obiecanej odżywki. Dowiadujemy się, że zostanie ona wysłana 16 sierpnia. Czekamy więc...

25 sierpnia dzwoni telefon. Raz. Drugi. Nie mogę odebrać, robię bukiet. Oddzwonię jak klientka wyjdzie. Patrzę na wyświetlacz. Numer anonimowy. Jak ja nie lubię czegoś takiego! Po co ludzie się ukrywają z tymi swoimi numerami? Ani oddzwonic, ani zorientować się, kto też chce się z nami skontaktować... W końcu dzwoni raz jeszcze - tym razem odbieram - okazuje się, że rozmawiam z panią z gazety - z Dziennika Łódzkiego. Chwilę rozmawiamy o akcji, o Amelce i pomocy dla niej. Skutkiem naszej rozmowy jest artykuł w piątkowym wydaniu Dziennika Łódzkiego!


Tego dnia i następnego, od rana odbieram masę telefonów. Miejsca na warsztaty w pierwszej grupie kończą się bardzo szybko, to samo dzieje się z grupą drugą, popołudniową! Zainteresowanie jest ogromne! Zaczynam odmawiać przyjęcia dzieci na warsztaty z powodu braku miejsc, których miałam 25!

A odżywki jak nie było tak nie ma...

Sobota. Wstaję skoro świt, giełda. Kwiaciarnia. Robię bukiet ślubny, wydaję go. Przygotowuję swój malutki sklepik na jutrzejsze wkiatowe szaleństwo! Wnosimy kwadratową ławę, ustawiamy krzesełka pozyczone z zaprzyjaźnionego przedszkola. Szykuję nożyczki, rafię, osłonki, gąbki... Cieszę się ogromnie z poprawy pogody - jedziemy naciąć nawłoci. Mamy takie jedno wspaniałe miejsce, skąd czerpię troszkę naturalnych dodatków do swojej pracy. Zaczynam ciąć, zaczyna padać... Robi się strasznie ciemno, a ja mam za mało nawłoci! Małż zaczyna się pukać w czoło: "po co ci tego tyle! Już masz cały pojemnik! Jedźmy do domu zaraz będzie lało!". No tak, gada jak zwykle... Ja wiem ile czego potrzebuję i zawsze mi za mało! Więc idę jeszcze w jedno miejsce, zaczyna coraz mocniej kropić - w sumie to już nieźle pada! Małż się nade mną lituje, wyskakuje z samochodu i pomaga mi ciąć i obrywać zbędne liście... W końcu wsiadamy do samochodu - oberwanie chmury! Nie ruszamy się z miejsca bo widoczność zerowa! Odczekujemy kilka minut, ruszamy. Jestem spokojna. Mam wszystko, czego jutro potrzebuję. No, może brak mi zdrowia... Katar, kaszel, czuję, że chyba bierze mnie gorączka - więc ja biorę Tabcin. Pomaga, wygrzewam się pod kocykiem. Herbatka jedna, druga, piąta... Kawałek czekolady (najwspanialsze lekarstwo na wszystko, nawet na niechorobę!). Wieczorna toaleta. Idę spać.

Niedziela. Budzę się nieco po godzinie szóstej. Budzik mam nastawiony na ósmą, próbuję do tego czasu jeszcze się zdrzemnąć, ale coś nie mogę... Zaczynam się stresować, w sumie nie wiem dlaczego? Wstaję, Małż też się zwleka, jemy śniadanie. Spacer z Gajcią. Kupuję wafelki i lizaki. Dla moich małych warsztatowiczów. Jadę do kwiaciarni wcześniej, chyba nie mogę się doczekać? Wypisuję dyplomy. I czekam na dzieci.

Kilka minut przed godziną 11stą zaczynają się schodzić Milusińscy z rodzicami. Przychodzi fotograf, Darek Jagielski i moja funfela Aga, której zadaniem jest dopilnować loterii fantowej.

ZACZYNAMY!!!

Przedstawiamy się sobie, wypisujemy wizytówki. Opowiadam dzieciom o kwiatach, dlaczego się tym zajmuję, dlaczego bardzo chcę, żeby one również pokochały ten rodzaj sztuki. Wiecie co? Słuchają mnie z ogromnym zainteresowaniem! Omawiam plan naszych zajęć: pierw zrobimy bukiety, potem kompozycje w gąbce w osłonce. Kładę na stolik nawłoć, każde dziecko bierze sobie po 3 gałązki, obrywa liście. Ku ogromnej radości Maluchów - pozwalam rzucać wszelkie śmieci na podłogę! Zdaje mi się, że widzę przez szybę w drzwiach kwiaciarni wóz oznakowany TVP. Hm... Nie, to na pewno nie do nas! To, że moja kwiaciarnia znajduje się po sąsiedzku z gmachem łódzkiej telewizji to jeszcze nic nie znaczy, aczkolwiek...

Pokazuję dzieciom, jak trzymamy liście, jak dokładamy kwiaty i zaczynają nam powstawać fajne bukiety, w których pierwsze skrzypce gra nawłoć i goździki gałązkowe.



Wtem drzwi się otwierają i wchodzą panowie z kamerą, mikrofonami, oświetleniem! Tak! Z TV! aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Małe zamieszanie na sali, na zapleczu słyszę, że też ;) Panowie stwierdzają, że się troszkę pokręcą, co nieco nagrają i żeby się nimi nie przejmować, robić swoje. Więc robimy swoje! Bukiety ułożone, wstawione do wazonów, w których jest woda z odżywką - wcześniej tłumaczę dzieciom po co sypiemy odżywkę, dzieci rozpuszczają 2 saszetki FloraLife do litrowego kubełka, mieszamy i wlewamy to do przygotowanych wazonów.


Nagle podchodzi do mnie pan z mikrofonem i prosi o króciutki wywiad! O matko! A ja nawet umalowana nie jestem! No ale ok, rozmawiamy chwilkę o akcji, o loterii fantowej. Nawet jeden chłopczyk udzielił kilku odpowiedzi panu z telewizji!


Żegnamy się. Trzeba oglądać dzisiejsze wydanie Łódzkich Wiadomości Dnia! Ciekawe co z tego wywiadu pokażą, czy wogóle... No nic.

Rozpoczynam dalszy ciąg zajęć. Pokazuję dzieciom gąbkę florystyczną, trochę o niej opowiadam, pokazuję, że świetnie się z niej wycina porządane kształty. Rozdaję dzieciom osłonki - niemal wszystkie dziewczynki chcą różową! Rozdaję również wcześniej przycięte gąbki, proponuję, żeby każdy sprawdził, czy jego gąbka pasuje idealnie do osłonki. Kiedy okazuje się, że tak - na środku stolika ląduje wiadro z odmierzoną wcześniej wodą, do którego dzieci sypią odżywkę, mieszają wodę. Moczymy gąbki. Jest to chyba najciekawszy punkt warsztatów, każdy Maluch z wielkim zainteresowaniem obserwuje swój kawałek gąbki, który tonie!




Dzieciaki wyławiają gąbkę, są zaskoczone, że tyle ta gąbka teraz waży! Kiedy wszystkie gąbki lądują w osłonkach, opowiadam o kompozycjach, przedstawiam najprostsze zasady układania dekoracji. Rozdaję róże, goździki, koreanki, frezje, gipsówkę, alstremerię, do tego ruskus i szparagus pierzasty. Teraz dopiero nastaje istne szaleństwo tworzenia! Powstają fantastyczne kompozycje!



A wśród tego wszystkiego - śmiech dziecka! Najcenniejsze, co mogłam dziś otrzymać! Wszystkie buzialki uśmiechnięte! Jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć, wręczenie dyplomów i słodkości, moc podziękowań spływa na moje serce! No, i skarbonka Amelki się zapełnia! Jestem szczęśliwa!



Po pierwszej grupie - mam tzw. międzygrupę - kilkoro dzieciaczków układa swój pierwszy w życiu prawdziwy bukiet! Są przeszczęśliwe a i ja się cieszę! Dyplomy, zdjęcia, łakocie, podziękowania...



Mamy chwilkę na oddech, Małż jedzie po chińszczyznę a ja z Agą sprzątamy cały bałagan z podłogi. Przygotowuję wszystko dla grupy popołudniowej, która zbiera się w okolicach godziny 15stej. Pierw bukiety z nawłoci i goździków, potem moczenie gąbki, kompozycje w osłonkach, dyplomy, łakocie, podziękowania...

Po wszystkim padam na fotel. Spełniona. Szczęśliwa. Wszystko poszło zgodnie z planem! Ciepła herbatka, relaks połączony z odiwedzaniem Waszych blogów... A wcześniej nagrywam moje wystąpienie w TV!

*******

Poniedziałek. Listonosz przynosi kopertę. Odżywki dotarły na miejsce...

*******

Czy w przyszłym roku wezmę udział ponownie w ogólnopolskiej akcji Floryści Dzieciom? Nie wiem. Sama idea warsztató dla dzieci jest fantastyczna, tylko ta cała organizacja nie do końca mi się podoba. No i mam jeszcze kilka "ale" co do przygotowań itd ale to już zatrzymam dla siebie i dla kilku przyjaciół... Nie chcę, żeby mój blog stał się miejscem, gdzie się kogoś oczernia, stawia w złym świetle - znaczy w prawdziwym, ale niekoniecznie dobrym dla tej osoby. Lub grupy osób...

*******

Dziękuję, mam nadzieję, że choćmngarstka z Was dotrawała do końca tego megadługiego posta, obiecuję więcej Was tak nie męczyć, aczkolwiek kto wie, kto wie... :)

Buziaczki!

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Zabawa w dy(e)chę!

Tak sobie czytam na kilku-nastu już chyba blogach o tej zabawie i myślę sobie: ciekawe czy i kto no i kiedy mnie zaprosi? W końcu ktoś zaprasza i mnie. Nie, że strasznie tego pragnę, hahaha, ale wiecie - jakie to miłe uczucie, jeśli ktoś Was o coś poprosi, no nie? A poza tym - w zasadach jest wymienienie kolejnych 10 osób - a większość, u których bywam - już dostała takie zaproszenie, no i kogo ja w końcu zaproszę?! No nic, zapraszam do poczytania o tym, co lubię ;)

Zasady:

1. Napisz, kto Cię zaprosił do zabawy.
- Linaewen

2. Wymień 10 rzeczy, które lubisz.
  1. lubię układać kwiaty - zaskoczyłąm Was, no nie?
  2. lubię pakować prezenty tak, że obdarowany ma dylemat - czy niszczyć opakowanie i dostać się do środka, czy pozostawić bez ruszania ;)
  3. lubię coś dekorować, tworzyć, ozdabiać...
  4. lubię pić piwo - ale dobre piwo, nie koncernowe, ale takie z duszą, warzone w regionalnych, małych browarach. Moim ulubionym jest Magnus z browaru Jagiełło - z Chełma. Polecam, naprawdę warto spróbować!
  5. lubię jeździć w Kotlinę Kłodzką - to jest magiczne miejsce na Ziemi, do którego wracam kiedy tylko mam możliwość!
  6. lubię herbatę Liptona - w piramidkach Kashmir Valley
  7. lubię pomidorówkę - na inne zupy jestem mniej lub bardziej "uczulona" ;)
  8. lubię blogować - a jakże!
  9. lubię czekoladę - tylko czy ja wiem czy słowo "lubię" jest tu odpowiednie? Może czekolada powinna się znaleźć w 10 rzeczach, które kocham? :D
  10. lubię siebie - w końcu gdyby było inaczej - nie odważyłabym się pisać, prowadzić swojej kwiaciarni, wychodzić naprzeciw oczekiwaniom moich klientów
3. Zaproś kolejnych 10 osób i poinformuj je w komentarzach.
  1. Edzię
  2. Cathe
  3. Kamilę
  4. Asię
  5. Aurus
  6. Michalinę
  7. Marzenciuka
  8. Aboku
  9. Madalinkę
  10. Jolandę
Pozdrawiam Was cieplutko, szykujcie się na relację z warsztató florystycznych z Maluchami!

sobota, 28 sierpnia 2010

Rozwiązanie zagadki :)

Męczący katar. Męczący kaszel. Męczące przygotowania. Do ślubu. Do warsztatów. Męczący dzień. I co? 2 posty! Nieźle?

Wstaję kilka minut po piątej rano. Tarmoszę Małża, no też wstaje. Jedziemy na giełdę po kwiaty na warsztaty dla dzieci, przecież jutro wielki dzień ;) mam 2 kompletne grupy, czyli po 11 duszyczek (a nawet trójkę dzieciaczków wpisanych "po cichu")! Wiele zrobił artykuł w jednej z głównych gazet codziennych - w Dzienniku Łódzkim :) Telefon dzwoni jak oszalały! A ja muszę już odmawiać... Strasznie się z tym czuję, no ale co robić?

Dostaję sporo kwiecia ot tak - z dobrej woli sprzedawców - którym serdecznie dziękuję! Trochę kupuję od siebie, reszta już jest w moim sklepie.

W kwiaciarni zabieram się za dopieszczanie projektu, który zaczęłam wczoraj wieczorem - tworzę kolejną, nieco inną niż wszystkie, nieco mniej standardową, nieco inną po prostu - wiązankę ślubną. Przed naklejaniem orchidei robię kilka fotek stelaża, jedną wstawiam na bloga i zadaję pytanie - co to? Kilka z Was trafia bezbłędnie - gratulacje! Ale w sumie nie trudno sie domyśleć, skoro wiecie, czym się zajmuję ;)



Wydaję bukiet - hm... no własnie - znów słowo bukiet, ani w sumie wiązanka - tutaj nie pasuje.. Znowu są to kwiaty do ślubu? Prawdopodobnie :) Ale chyba fajnie wyszło?

kwiaty do ślubu na dziś

butonierka do kompletu

Dopakowuję kilka pierdółek na loterię fantową, z której całkowity dochód przeznaczam na leczenie i rechabilitację Amelki...

Sprzątam, ustawiam kwiaty, Małż przywozi z domu kwadratową ławę. Chyba wszystko dopięte... Heh, wiecie co? Mam stresa!

Trzymajcie kciuki za te moje pierwsze warsztaty! Buziaczki!

krajobraz przed burzą...

Zgaduj-Zgadula :)

Bynajmniej nie w którym ręku złota kula, ale co przedstawia poniższe zdjęcie? Chyba łatwe, aczkolwiek jestem ciekawa Waszej wyobraźni na temat tego przedmiotu :)


No nic, lecę dalej czynić przygotowania do jutrzejszych warsztatów dla dzieci!
Buziaczki!

środa, 25 sierpnia 2010

Niespodzianka od Shiraji & Broszki...

... czyli kolejny nałóg mnie wciąga!

Ale pierw nie o nałogu a przemiłej niespodziance, jaka przywędrowała do mnie wprost z Leśniczówki Shiraji! Zawieszka jest jeszcze fajniejsza niż na zdjęciu, zajmuje miejsce na jedenj ze ścian kwiaciarni :)
Ewuniu - dziękuję!


*******
Piszę sobie posta o brązowych broszkach, które zdobią torebkę Asi. Obawiam się nieco Waszych komentarzy - w końcu jestem poczatkująca w te klocki... Ku mojemu niesamowicie miłemu zaskoczeniu - spotykają mnie szalenie sympatyczne słowa uznania! Ba! Mało tego! Moje broszki podobają się kilku osobom, które mnie tutaj odiwedzają na tyle, że zaczynają się sypać (no dobra - sypać - zbyt wielkie słowo) zamówienia! A to na turkusową, na fioletową, na bordo z różem... Jako że mam pod dostatkiem przeróżnej organzy (jak to w kwiaciarni bywa...) - z marszu niemal zabieram się do roboty!

Między jednym klientem a następnym - tnę kółka, mniejsze, większe, całkiem duże i całkiem malutkie. Składam, układam, przekładam... Po co ja to piszę, doskonale przecież wiecie, jak się produkuje takie cośki :)

Najbardziej podoba mi się dobieranie koralików do środka powstałych kwiatulców. Oczywiście muszą to być szklane koraliki - z Jablonexu - a jakże! To znaczy ja sobie tak myślę... Nie przepadam za akrylowymi, aczkolwiek są o wiele tańsze i mam ich zatrzęsienie (jak to w kwiaciarni bywa...). Mam też zamówienie na broszkę do kreacji weselnej - z kryształkami Swarovskiego - czekam na przesyłkę z nimi i biorę się do produkcji natychmiast jak drzwi za listonoszem się zamkną.

Przeglądam te Wasze cudne blogi - macie tak pięknie zaaranżowane zdjęcia! Dlaczego moje mają ukazywać tylko omawiany drobiazg? Staram się jak mogę - aczkolwiek wiem, że daleko mi do Waszego profesjonalizmu w aranżacjach podkreślających urodę rękodzieł!

A zatem - tadaaaaam! :)







czwartek, 19 sierpnia 2010

Wyniki expressowego CANDY

Środa wieczór, a w zasadzie już po północy - spisuję na karteczkach nicki osób, które ustawiły się w kolejce po moje puste serce. W sumie karteczek mam trzydzieści dwie. Wrzucam pomieszane i poskładane do kufla piwnego - takie małe moje osobiste preludium do zbliżającego się łikendu - od piątku do niedzieli będę w Krasnymstawie na dorocznym Ogólnopolskim Święcie Chmielarzy i Piwowarów "Chmialaki Krasnostawskie" (obiecuję relację). W piątek rano wyjazd!


Ale do rzeczy - miałam losować jeszcze przed pójściem spać, ale postanowiłam, żeby nie było jakiegoś broń Boziu kumoterstwa czy coś - że nie ja wylosuję Szczęściarza; Małż już śpi, brat (Wróżek, hihihi) również... No nic - losowanie rano.

I tak - ledwo wstały i bardzo zmęczony - Wróżek - zanurza swoje łapsko w kuflu i ponoć miesza:


i wyciąga karteczkę z nazwą zwycięzcy:


Na literkę "E":


Dlaczego nazwa ta jest zamazana? - otóż - ta osoba niestety nie umieściła na swoim blogu żadnego info o moim CANDY, dlatego los uważam za nieważny.

Wróżka łapsko znowu więc ląduje w kuflu:


przekłada między paluchami poskładane karteczki, wyciąga jedną z nich:


a na niej widnieje kto?


Tak, tak - kochana - czekam na info z danymi adresowymi do Ciebie na maila kwiaty@swiata.pl


Dziękuję wszystkim za udział w zabawie, ściskam Was mocno! Do zobaczenia (przeczytania) po Chmielakach...

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Jeszcze tylko kilka dni...

... i rozlosowane zostanie moje puste serce :)

Zapraszam wszystkich do wspólnej zabawy, odrobina adrenalinki wpływa pozytywnie na nasz układ krwionośny - więc do dzieła!


Zapisy TYLKO do północy 18 sierpnia (środa) - 19 sierpnia - losowanie :)

Pozdrawiam wszystkie zaglądające Duszyczki!

WOŚP 2010 - wspomnień część 1...

...PRZYGOTOWANIA DO WIELKIEGO DNIA.

Jakoś na początku listopada (a może jeszcze pod koniec października?), dość późnym wieczorem, rozmawiam na GG z Ka-melią. Pisze mi o swojej cudownej Córeczce, ciarki przechodzą mi po plecach, jak Karolina opowiada mi, co przeszły, co przechodzą, i że boją się o niepewną przyszłość… Od słowa do słowa – poruszamy temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (niegdyś dzięki jej akcji malutka Amelka została poddana badaniom, które szybko stwierdziły u Małej niedosłuch...)

Pierw nieśmiało i po cichutku dojrzewa w nas pomysł – akcja… Kwiaty. Kwiaty dla gości w studio. Dla gości, którzy przyjdą i dadzą coś na ten szczytny cel i będą o tym rozmawiać podczas wejść antenowych. A wśród tego wszystkiego my… Floryści z eFKa… Uda się? Być może! Ale dużo pracy przed nami… I najważniejsze – bez sponsora nie ruszymy! Mamy kontakt z Fundacją Jurka Owsiaka. Niemal osobisty. Postanawiamy, że Karola napisze maila do Fundacji, opisze co chcemy zrobić i poczekamy na odzew, jeśli będzie akceptacja – ruszymy dalej, czyli przedstawimy pomysł jankowi – może on się zajmie pozyskaniem pieniędzy od sponsorów? Idę spać, nie mogę jednak usnąć, niemal do rana myślę i myślę, i mam przeczucie, że damy radę! Nazajutrz – odtąd żyjemy WOŚPem i akcją dla niej – piszemy do innych dziewczyn maile. Margarett2008, Jola Darska, frezja… Zgadzają się – znaczy chcą razem z nami układać bukiety i rozdawać je podczas wielkiego Finału, 10 stycznia 2010r… Ekipa jest, okazuje się po kilku dniach – akceptacja ze strony Fundacji też jest, janek zajmuje się sponsoringiem. Zaczyna się nerwówka…

Omawiamy bukiety - trzeba ustalić jakie, z jakich kwiatów, ile sztuk itd. Kilkanaście osób ma wyznaczone zadania; ja, Karolina i Gosia - ustalamy jakie kwiaty zamówimy. Piszemy na GG do późnych godzin nocnych, czasem zaczyna świtać, a my dopiero się żegnamy... Przecież wszystko musi być dopięte na ostatni guzik!

Jednym z moich zadań jest strój. Decyduję - po konsultacjach z dziewczynami - że my, babeczki, założymy w niu wielkiego Finału fartuszki z logo forum i serduszkiem wośp-owym, natomiast panowie - włożą koszulki z takimi samymi nadrukami. Kolor... hm... wybieram ni to miodowy, ni to kawa z mlekiem... coś w ten deseń. Fartuszki zamówione, kupione, koszulki również - niestety nie przewidziałam, że będzie jakieś ale - straszna afera - bo kolor naszych fartuszków i koszulek nie pasuje jankowi! Ojjjjjjjjjjjj! Adrenalina osiąga w moich żyłach swoje najwyższe stężenie - no tak, pierw przeprawa, żeby postawić na fartuszki - janek chce, żeby wszyscy byli w koszulkach! No sorki wielkie - ale nie mogę nadal sobie wyobrazić nas, kobitek - w podkoszulku podczas takiej imprezy! Uff - janek kapituluje - albo po prostu ma mnie dość i mojej pisaniny :) , choć wiem, że odtąd nasze stosunki ulegną poważnym oziębieniom, na dłuuuuugo... No cóż, nie ze wszystkimi musimy się kochać aż po grób, prawda?

Mamy grudzień, święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami, mieszkanie leży odłogiem, w kwiaciarni masa pracy, stroiki, choinki, bombki itd... itp.... Kiedy jestem w domu - na nic nie mam już siły, Misiek ogarnia bałagan... A ja? Nie, nieleżę i nie odpoczywam - z laptopem na kolanach spędzam kolejne wieczory, codziennie, ustalam z dziewczynami co i jak... Wykruszają się ochotnicy... Tak naprawdę zostaje nas garstka... 7 osób, a miało być prawie 20... Rozdzielamy obowiązki między tych, co zostali...

Boże Narodzenie jakoś przechodzi obok mnie, jestem strasznie zmęczona - i pracą i ustaleniami akcji dla WOŚP. Jak dobrze, że między świętami a Nowym Rokiem mam wolne...

Sylwester... Mija...

Styczeń, zamawiamy kwiaty. Ustalamy szczegóły takie już konkretne - poczatkowo bukiety mają być robione przez nas bezpośrednio w studio telewizyjnym, jednak okazuje się, że nie będzie dla nas i naszej radosnej twórczości tam miejsca, więc usimy zrobić wszystkie wiązanki wcześniej. Tylko gdzie? Ma ich być blisko setka! Z pomocą przychodzi Jola Darska, która również poprowadzi z nami akcję - zaprasza nas do siebie, do Warszawy; jej Mąż ma duuuuży warsztat, gdzie możemy spokojnie pracować!

8 stycznia wypisuję kartkę i wieszam ją na szyldzie kwiaciarni: DZIŚ KWIACIARNIA CZYNNA DO GODZINY 14, JUTRO - NIECZYNNE. Pakuję do kilku skrzynek potrzebne przydasie, narzędzia, dodatki, które ze sobą chcę zabrać. Idę do domu, po drodze kupuję co nieco do jedzenia. Jak dobrze, że wczoraj wieczorem upiekłam ciasto, a dziś tylko przełożę je kremem! I zrobię sałatkę gyrosową. I w drogę!

Wszystko załadowane do samochodu, Misiek zaprowadza naszą psirę do siostry. Jeszcze tylko musimy podjechać odebrać nadrukowane fartuszki i koszulki. I wstępujemy do sklepu z piwami regionalnymi :)

Oj późna godzina się zrobiła, już po dwudziestej... Zaczyna sypać śnieg, dość ostro! Ruszamy na Warszawę! Karola i Gosia już są u Joli, czekają na nas, co jakiś czas któraś z nich dzwoni, pyta jak mamy daleko i czy wszystko w porządku - wszystko przez ten śnieg i straszne oblodzenia na drogach! W końcu docieramy na miejsce około północy! Pięknie - droga z Łodzi do Warszawy w 4 godziny? Czemu nie! I to samochodem!


Ale fajnie! Jak miło tak się spotkać z dziewczynami! Mam wrażenie, że dziś spać to chyba pójdziemy baaaaardzo późno! Mamy masę spraw do obgadania! Przy piwku i drinkach rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy... i rozmawiamy... Jola pokazuje mi lilie, z których będę jutro robić bukiety - skubańce pozamykany, nie chcą się otwierać, choć stoją w ciepłej wodzie z odżywką i przy kaloryferku... No mam nadzieję, że jutro zaczną pękać! Zachwycamy się pieknymi frezjami o nieziemsko długich łodygach i odnóżkach, które Jola wstawiła do oddzielnego wazonu, niech się pięknie rozwijają! W międzyczasie Misiek pompuje nasz materac - nówka, nie śmigany - co nie podoba się Dodzie - fantastycznej suni, którą opiekuje się Jola. Zaczyna szczekać na pompkę, na Miśka, w końcu z zębami wskakuje na materac i... przegryza go! Dziura jak się patrzy! A co robią florystki? Odpalają glutownice (do tej pory się zastanawiam, po co dwie naraz...), zaklejam dziurę kawałkiem czegoś, co daje mi Jola - próba szczelności wypada pozytywnie, Misiek idzie spać. A my? Dalej rozmawiamy... Aż nudne, co? W końcu około 4 rano postanawiamy zlec. Od rana czeka nas masa roboty!

Wstajemy koło 8mej, szybkie śniadanko, obowiązkowo kawka i ciacho! Zabieramy przydatne rzeczy i idziemy do warsztatu. Rozkładamy się, organizujemy sobie stanowiska pracy, dołącza do nas Mariola. Karolina jedzie z Miśkiem do telewizji ustalić szczegóły na jutrzejszy dzień. Przenosimy całą masę kwiatów z garażu do warsztatu - oj, jak mnie męczy taka latanina - do tego po schodach, mam zadyszkę jak sto pięćdziesiąt! Przyznam się, że oszukuję, no ale co? Mam paść im jutro w studio? Albo nie dojechać? Albo dziś nie wyrobić normy - 20 bukietów? :) heh - teraz jak to piszę, po 8 miesiącach od wydarzenia - śmiać mi się chce... Wogóle jakoś tak mi sympatycznie na serduszku!
 
Karola wraca, nie ma zbyt dobrych wieści - znaczy wieści, na jakie czekaliśmy - nie będziemy mieć żadnego stanowiska, nawet dwóch marnych stolików, brak miejsca, wszystko dosłownie musimy zrobić dzień wcześniej, czyli DZIŚ? No! To do dzieła!
 
Zapraszam na foto-story :)
 
Jola sprawdza, czy niczego nie brakuje, ogarnia wzrokiem powstałe pobojowisko,

pilnuje Gosię, by ta jak najpiękniej wykonała bukiet dla żony naszego głównego sponsora.

Mariola ze stoickim spokojem drutuje mini-gerberki. Mnie przy takiej czynności szlag trafia już przy pierwszym kwiatku! Obok gerberków leżą oczywiście jeszcze nie otwarte moje lilie i amarylisy.

Tak oto wygląda zrobiony przez Gosię, a dopilnowany przez Jolę :) bukiet dla pani Woźniak, żony sponsora.

Karola komponuje fajny bukiet w sielskim klimacie, Jola pomaga dobrać dodatki.

Praca koordynatora jest dość ciężka i wykańczająca, dlatego kolejna kawka? Czemu nie!

Mój pierwszy bukiet prezentuje się tak (jeszcze 9 takich samych!):

Mariola przygotowuje róże do kolejnych kompozycji - powstaną przecudowne serca kwiatowe...

... na futerkowych kryzach, które wyglądają jak skrzydła anioła!

Jola sprawdza bukiet, który zrobiła Mariola. Wszystko gra!

Gosia i jej wielkie serce!

Tu widać rosnący rozgardiasz floralny!


Bukietów przybywa, a pod wieczór przybywa również Marcin - kumpel forowy i Marek - mąż Gosi.



Jola układa swój bukiet - będzie cudny!

A to ja ze swoim bukietem :) Chwilę wcześniej - dołączył do nas Tomek! Kolejna fantastyczna osoba, która z wielką przyjemnością postanowiła robić to co ja! Na fotce widać jego niebieski sweterek - Tomku - przepraszam, ale z przygotowań nie mam Twojego zdjęcia od przodu!

Madzia i jej amarylisowo-liliowy bukiet!

Madzia i jej eustomowo ( a jakże!) -zatrwianowy bukiet!

 Zmęczenie dopadło Karolinę. Nic dziwnego, w końcu mamy już godzinę 2:30 rano! Zbieramy się, sprzątamy bałagan. Spaaaaaaaaaaaaać Aczkolwiek adrenalinka nadal buzuje w naszych żyłach - pewnie tak od razu się nie położymy!

Dorwałam jeszcze eustomę i kilka gerberków - no to dorobiłam taki oto bukiecik skromny...

Idziemy do domu jolinego, żeby odpocząć, jutro wielki dzień i ciężki dzień niesamowicie!


Żeby kwiaty utrzymały swoją świeżość - obcięte końce łodyg owijamy ręcznikiem papierowym i zakładamy folię - ot, takie tymczasowe wazony - no bo jak w sumie inaczej sobie poradzić?

 
Godzina prawie piąta rano - a my nadal nie potrafimy się spokojnie położyć spać - a wstajemy o wpółdo ósmej! Na dobry sen i jutrzejsze wzmocnienie - nalewka owocowa!
 
W końcu kładziemy się, ale nie wszyscy... Karola tak przeżywa, że nie kładzie się cale, siada przy kominku, czyta czasopisma... Dzielna okropnie!
 
7:30 - jak ja nienawidzę budzika! Jednak wstaję, zaczynam się ekscytować dzisiejszym dniem... Idę pod prysznic, ubieram się, nawet mejkapa nakładam! A co! W końcu w telewziji będę, tak?
 
C.D.N....