piątek, 13 sierpnia 2010

Expressowe CANDY, bo...

... mi się to podoba - to całe sprawianie przyjemności osobom zupełnie nieznajomym :) i tak sobie myślę, że w sumie nie jest potrzebna okazja, żeby sprawić komuś przyjemność :)

< leciutko masło maślane, ale wiadomo o co kaman ;) >


Zatem - ogłaszam drugie CANDY w Miejscu Sympatycznych Klimatów!

Zasady: żeby dołączyć do mojej zabawy - proszę o:
1. komentarz pod tym postem
2. podlinkowanie zdjęcia na swoim blogu

Zapisy trwają do północy 18 sierpnia - losowanie 19 sierpnia - jak widzicie - jest to niezły express! tylko tydzień i aż tydzień - liczę na Wasze zainteresowanie - choć zdaję sobie sprawę, że nie każdy może mieć ochotę na moje serduszko, przecież nie jest jakieś specjalnie wypasione, do tego takie "puste"...

środa, 11 sierpnia 2010

I mnie dopadła serduszkomania...

Przychodzę dziś do kwiaciarni, poddaję się codziennym czynnościom pielęgnacyjnym, układam niewielki okrągły bukiet z amarantowego goździka, kremowej gerbery i granatowego agapanta, potem układam okazały bukiet ze słoneczników, graficzny. Nie bardzo lubię tego typu bukiety - zdecydowanie wolę te małe i całkiem maluśkie, "bidermajerki". Ozdabiam cissusa - no co, w końcu doniczkowe też lubią się stroić w te wszystkie sizale, rafie, szyfonówki...

Odpalam komputer, odwiedzam Wasze blogi, wędruję dalej i odwiedzam blogi Waszych znajomych i znajomych Waszych znajomych i... wciąga mnie to okropnie! W międzyczasie odwiedzają mnie klienci... Ale do rzeczy! Post ma być o serduszkach, sercach, serduchach - tak? TAK! No, i tak sobie wędruję i wędruję po tych blogach, tu i ówdzie zatrzymuję się na dłużej i gapię się... gapię się na serduszka wszelkiego rodzaju, typu, dizajnu, charakteru, i ach, i och! Nie żebym była jakaś guła - ja już kiedyś miałam przygodę z maszyną i serduszkomanią, ale chyba nie na taką skalę, jaka teraz ma sie przetoczyć w moich żyłach!

Drut! Tak! Wyginam serduszka aluminiowe, potem miedziane - o, te miedziane to są fajne, bo sztywniejsze - czyli co? Czyli będą dłużej i pewniej trzymać fason! Aluminium - z powrotem do szuflady! Miedź - do roboty! I wyginam! I zaginam! I tak sobie myślę - nie jest źle, a nawet mi się podoba, ale... takie jakieś są gołe? Bidule! Myślę sobie: ubrać? HAHAHAHAHAHA - tak, Madziu szalona - ubierz serduszka, może im zimno, albo się wstydzą... Masakra!

Dzwonię do Mamy, opowiadam o moich wyczynach i pomyśle ubrania serduszek. Słyszę w słuchawce jakieś dziwne westchnięcia. No cóż - mogłam się tego spodziewać...
- To w co chcesz ubrać te Twoje druty? - ooo, uszom nie wierzę! A jednak!
- No... w ten materiał, co wiesz... - i tak nawijam, nawijam...
Po godzinie Mama wchodzi do kwiaciarni, wyciąga zawiniątko z torebki - o jakie cudne! znaczy zwykły rulon materiałowy... Ale jest szał! Prędko nawlekam go na drut, chwilkę zastanawiam się nad zdobieniem, odpalam glutownicę - mój ulubiony sprzęt kwiaciarniany - dobieram tasiemkę, kwiatuszek, koraliki... Mama przygląda mi się uważnie - mam wrażenie, że korci ją, żeby sprawdzić mi ciepłotę czoła!


No, po pracy biegnę do domu - ale nie tego, co z Małżem dzielę - ale do tego, z którego mnie Małż zabrał - dosiadam maszynę i jazda!!!!!!! Podbieram z "magicznej szuflady Taty" druty, szczypce (a mogłam wziąć swoje ze sklepu - tymi tatowymi kiepsko mi idzie wyginanie pętelek!). Tata sprawia wrażenie, jakby nie bardzo rozumiał o co chodzi... W sumie mu się nie dziwię! Najlepiej, jak wzięłam z szafki kieliszek do wódki... (no co - przecież na czymś muszę kształt serduszkowych policzków wyrobić, nie?).


I tak oto powstają moje pierwsze ubrane serduszka. A w zasadzie drugie i kolejne, bo przecież premiera miała miejsce w kwiaciarni :) Trochę puste te moje serducha, ale co tam! Nadają się? :D


Pozdrawiam wszystkich z całego serca!

niedziela, 8 sierpnia 2010

Jagody i pistacje


Mamy lipiec... tak naprawdę nic się nie dzieje, większość ludzi wtedy jest na urlopach, co przekłada się na totalne pustki na ulicach... na ulicy Wschodniej szczególnie to zauważam, kiedy tak sobie kręcę się po kwiaciarni, przestawiam  duperelki z półki na półkę, aranżuję zestawy dekoracyjne, podcinam łodygi kwiatom i podmieniam wodę w wazonach... Czuję, że życie nieco zwolniło; po szalonej końcówce maja i pełnym ruchu wszelkiego w czerwcu - w lipcu nastaje czas bezruchu, ale na pewno nie bezczynności. Bo w kwiaciarni zawsze jest coś do zrobienia. Od czasu do czasu plotę wianki, które użyję przed Bożym Narodzeniem, porządkuję przydasie i takie tam... No i produkuję broszki ;)

Mamy lipiec, siedzę na zapleczu pochłonięta do reszty opalaniem półproduktów do kwiatowych przypinek, kiedy ktoś wchodzi  do sklepu. Nareszcie! Dwie panie są zainteresowane kwiatami do ślubu! Czyli - mój ulubiony temat :) No cieszę się, jak nie wiem co - w końcu się wyżyję! Znaczy - dwutygodniowa przerwa w dekoracjach ślubnych to stanowczo za długo! Zresztą - na własne życzenie, przecież tydzień temu był Browar Staropolski... ;)

Rozmawiamy, przeglądamy katalogi z bukietami ślubnymi, pokazuję swoje wcześniejsze prace. W międzyczasie ustalamy kształt i charakter bukietu ślubnego, co jest wynikiem kroju sukni, jej dodatków, charakteru Panny Młodej, jej oczekiwań i uwarunkowań fizycznych. Stawiamy na coś oryginalnego, innego! Zatrzymujemy się przy dwóch moich pracach (jakże mi miło, że nie przy katalogowych, obcych!):

 rattanowy koszyczek

 girlandy kwiatowe na obręczy

No, i teraz jest problem :) obie wiązanki się podobają, ale z obiema jednocześnie do ślubu nie da rady iść! Proponuję połączenie wzorów. Konstrukcja rattanowa, pokryta satynową lamówką.Wybieramy kolor kwiatów. Fiolet. Ożywiony delikatną zielenią. Suknia jest w kolorze ivory (chyba najmodniejszy odcień bieli ślubnej ostatnich czasów), więc pięknie całość będzie się prezentować! Jakie kwiaty? Oczywiście eustomy! Mają przecudne odcienie - od lila do ciemnego fioletu. Postanawiamy zmieszać 2 różne odmiany, o różnym stopniu nasycenia barwą - jaśniejszą i ciemniejszą - różnica w barwie będzie nie tylko w kwiatach pełnych ale i w pączkach, zamawiam odmianę pełną i pojedynczą. Obie przyjadą do mnie z Holandii - wiem, że zamówione kwiaty będą bardzo świeże, mam gwarancję, i gwarancję spokojnie mogę dać - że kwiaty w kompozycjach wytrzymają w stanie niezmienionym co najmniej dobę. Znam ich pochodzenie, wiem, w jakich warunkach są magazynowane i transportowane. We florystyce ślubnej nie ma miejsca na żadną wpadkę, zwłaszcza na wpadkę związaną z kiepską jakością kwiatów! Z całym szacunkiem do polskich producentów - na dekoracje ślubne wolę zapłacić więcej, zamówić i kupić towar z najwyższej półki...

Na kiedy realizacja? Na za tydzień????????????? O matko i córko! Tak mało czasu! Zamawiam kwiaty. Dostaję to, co chcę - tym bardziej, że właśnie teraz eustoma przeżywa swoje apogeum rozkwitu! Co niestety nie przekłada się na obniżenie ceny... Trudno. I tak jest dobrze! Uwielbiam eustomę i pracę z nią - świetnie się rozumiemy, ja słucham jej natury, ona słucha mojego serca i ręki... Ot, taka efemeryczna symbioza!

Czwartek. Odbieram kwiaty. Są takie, jakie wymarzyłam do tej kompozycji, którą nazajutrz wydam - tak, ślub tym razem jest w piątek, nie w sobotę. Przywożę eustomę do kwiaciarni, wykonuję podstawowe zabiegi, jakie wykonać sie powinno, zaczynam "przedślubne" kondycjonowanie. Przy tym oczywiście prowadzę miłą rozmowę z kwiatami! Wiem, jestem nienormalna!

Piątek, godzina 7ma rano. Dla mnie to nadal środek nocy, ale przede mną maluje się wizja spełniania się w pasji! Więc co? Wstaję strasznie wyspana, podniecona tym faktem - w końcu adrenalinka powoli wypełnia moje wszystkie żyły i tętnice! Do kwiaciarni trafiam kilka minut po godzinie ósmej. Cieszę się z faktu, że wcześniej przygotowałam sobie wszelkie nieroślinne części składowe dekoracji ślubnych. Dziś tylko umocowanie kwiatów, zabezpieczenie ich i wydanie. Mało? Niewiele, a jednak! O godzinie 14tej odbiór. Przecież zdążę :)

Przeglądam raz jeszcze formularz zamówienia i umowę. Tym razem na pewno nie przegapię żadnej pozycji z zamówienia! Zabieram się do komponowania. Utwór musi być wyjątkowy, jedyny - tak jak jedyny i wyjątkowy jest ten dzień dla Państwa Młodych! Główne nuty zagrają w nim jagody i pistacje. Mniam!


Zaczynam pracę od stworzenia butonierki dla Pana Młodego:


Następnie zabieram się za dekorację włosów Panny Młodej:




Po czym tworzę kwiatowe bransoletki dla Pań Świadkowych (tak, tak - tym razem za Młodymi stoją dwie panie):



I w końcu robię to, co najbardziej lubię - wiązankę ślubną. No właśnie - wg mnie znów trudno w tym przypadku mówić o wiązance czy bukiecie - może inaczej: układam kwiaty do ślubu dla Panny Młodej, co finalnie wygląda tak:




Na sam koniec zostawiam sobie stroiki do dekoracji auta:



Kilka minut po 14stej przyjeżdża Pan Młody - jest troszkę zdenerwowany, ale próbuję rozładować atmosferę, która staje się niezwykle sympatyczna! Przypinam Panu Młodemu Butonierkę, oczywiście do klapy marynarki:


Następnie ubieram samochód, który odjeżdża ze spakowanymi pozostałymi dekoracjami.

Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia!

*******

Pamiętacie, jak pisałam o zepsutym kleju? Na całej giełdzie nie mogłam znaleźć dobrego, troszkę się martwiłam tym faktem, ale napisałam wiadomość na FK i... jedna z forowych znajomych przysłała mi dobry klej! Dziękuję Eluniu!

sobota, 7 sierpnia 2010

Wyniki pierwszego CANDY :)

Wtorek, 20 lipca, piszę posta, w którym jest mowa o CANDY - o pierwszym CANDY w Miejscu Sympatycznych Klimatów. Bloga prowadzę od niedawna, wciąga mnie to wszystko coraz bardziej, i bardziej, i bardziej, i... No właśnie! CANDY! Zapisuję się w kilku miejscach, grzecznie linkuję posty, blogi dodaję do obserwowanych. Dlaczego więc ja nie mogłabym ogłosić rozdawnictwa u siebie? Nie widzę przeciwwskazań, więc organizuję troszkę przydasi, przetrząsam szuflady w kwiaciarni, ściągam z półek sklepowych co nieco. Ale tak jakoś mało mi tych drobiazgów - myślę - może taki zestaw nie jest zbyt atrakcyjny? Co tu dorzucić? Już wiem! Niespodziankę zrobię! Pakuję i dokładam do przydasi. Tak mi się podoba ta niespodzianka, że postanawiam zrobić kolejną - no bo ja uwielbiam dawać prezenty!

Piątek, 6 sierpnia. Zaglądam do posta z 20 lipca, dziwię się mocno - aż 90 komentarzy widnieje pod spodem, z czego 89 to liczba osób zapisanych do zabawy! O jak miło, dziękuję wszystkim! Patrzę na zegarek - wpół do północy. Biorę notesik, mazak i zaczynam spisywać nicki moich wszystkich Gości, z zaciekawieniem czytam wszystkie komentarze. Składam karteczki na cztery, wrzucam do koszyczka. O! Już po północy! Losować?


Proszę Małża o pomoc, ten miącha, miącha, miącha dokładnie...




... i losuje pierwszą Osobę, dla której jest prezent niespodzianka - co kryje się w środku? Na to pytanie być może odpowie nam...


Gratuluję!

Małż znowu miącha, miącha....



... i losuje drugą Osobę, dla której jest paczka przydasi do pakowania prezentów plus prezent-niespodzianka. A jest nią...


Gratuluję!

Kochane - czekam na wiadomość z Waszymi adresami, żebym mogła wysłać paczki. Jeśli do 14 sierpnia nie dostanę maila na kwiaty@swiata.pl - losuję ponownie :)

Pozdrawiam cieplutko i jeszcze raz dziękuję wszystkim chętnym! Obiecuję kolejne zabawy - bardzo mi się to podoba!

środa, 4 sierpnia 2010

Prezent, zakup i wygrana

Tak, tak - tyle tego się zebrało :) a bloguję dopiero od 10 czerwca :) Ale po kolei:

Zapisuję się na CANDY do Ani - niestety z pewnych powodów zabawa zostaje odwołana :( no cóż, tak też się zdarza... Dostaję przesympatycznego maila z prośbą o adres i zapowiedzią wysyłki. Hm... - podaję, co mi tam :) i tak jak ktoś chce to poszpera i odnajdzie moją stronę www a na niej adres więc... Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu - listonosz przynosi kopertę bąbelkową, wypukłą, coś w niej grechocze - oho! myślę - czyżby faktycznie Ania przysłała mi kolczyki? TAK! O mamo! Są niesamowite, stają się jednymi z moich ulubionych! Proszę bardzo, podziwiajcie te cudeńka razem ze mną! - jak stwierdziła Ania - klasyka - srebro i onyksy!


I tutaj mam do wszystkich gorącą prośbę - odwiedźcie Anię, dziewczyna wystawia swoje prace w ArsNeo i w AleŁadne - promocje i obniżki cen, co jest spowodowane jej ciężką sytuacją... Aniu - pozdrawiam cieplutko i namawiam znajome na zakupy u Ciebie!

*******

Przeglądam sobie blogi, wdeptuję do Niecodziennego Zakątka, a tam! o mamo! poduchy, domek w kwiaty malowany, i broszki - a jakże! Jakoś takie insze? Puchate? Piszę komentarz, że mam potrzebę posiadania takowej. Dostaję maila, na którego odpowiadam, dogadujemy się co i jak i co? No? Kto zgadnie? Tak! Dostaję broszkę plus... drugą broszkę! Miło jak nie wiem co! Oto to, co mam, od Iwonki:


Dziękuję Ci kochana, broszki miały już pierwsze swoje 5 minut - jedna na torbie, druga na żakiecie :)

*******

No i czas zaprezentować moją wygraną w Szufladzie :) Po pewnych komplikacjach z niedojściem maila czy innego chochlika, nie wiem, nie byłam przy tym, hahaha, patrzę, a serducho w obłędne grochy usadawia się beszczelnie na komodzie-barku:


W kieszonce serduszka - fajny przekaz - mam nadzieję, że na szczęście, bo... moim marzeniem jest... a tam, nie będę zapeszać :)

A skrzydełka nieśmiało przycupają na wieszaczku w przedpokoju:


*******

No, i co Wy na to? Ja jestem  hepi - jak to mawia moja bratanica ;) Już niedługo - mam nadzieję - ktoś będzie się równie mocno cieszył z niespodzianki z mojego CANDY, na które jeszcze trwają zapisy - serdecznie zapraszam!

Buziaczki moje drogie - i dzięki za pamiątkowe wpisy pod poprzednimi postami!

wtorek, 3 sierpnia 2010

Mała Wróżka...

... i całkiem duży wróżek (?!)

Któregoś dnia wchodzi do kwiaciarnia pani Agata. Jest u mnie dość częstym gościem (nie lubię słowa "klient", jakoś tak to brzmi nieładnie...).

- Pani Madziu, dzień dobry! - zaczyna od progu - czy mogłaby pani wymyśleć coś fajnego dla Zuzi - w przedszkolu ma być bal, ona przebrana za wróżkę, ma różową sukieneczkę buciki...
- Hmmm... Wróżki mają różdżki! Może coś takiego? Jaki ma mieć kolor? - no tak, oczywiście różowy ;)
- Niech pani coś wymyśli, ja wejdę pojutrze. Do widzenia!
- Do zobaczenia!

No tak, hasło "różdżka" rzucone, wiem jaki ma mieć kolor... a reszta? Do dzieła!

Co ta różdżka ma mieć... Na pewno koraliki, perełki, druciki, piórka...

- Dzień dobry pani Madziu, mamy tą różdżkę?
- Dzień dobry, proszę, oto ona, mam nadzieję że będzie się Zuzi podobać?
- Noooooooooo! Cudo! Jak zawsze! Wielkie dzięki!
- A czy mogłabym prosić zdjęcia Zuzi z tą różdżką?
- Oczywiście, przyniosę!

No, i oto Zuzia ze swoją różdżką!






A tutaj inna wróżka (wróżek?), w ciele mojego brata, na balu karnawałowym Bractwa Piwnego - zgadnijcie, czyjego pomysłu i wyrobu są skrzydełka i różdżka? hihihih Buziale, szatanie!



poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Siła tradycyjnego warzenia...

... w Browarze Staropolskim w Zduńskiej Woli


31 lipca, godzina 8 rano. Spotykamy się przed wejściem na dworzec Łódź Kaliska. 10 miłośników złocistego napoju wybiera się do Zduńskiej Woli, by zwiedzić Browar Staropolski. Piotrek, Agnieszka, Ela, Marek, Halina, Krzysiek, Magda i Michał – członkowie Bractwa Piwnego oraz Asia i Mariusz – sympatycy. Kupujemy bilety, wsiadamy do pociągu, ruszamy. Humory od początku dopisują! Choć podróż trwa około godziny – czas w gronie znajomych mija w oka mgnieniu!


Wysiadamy z pociągu kilkanaście minut po dziewiątej, na naszej drodze wyrasta ogromny plan miasta, dzięki niemu obieramy właściwy kierunek – kierunek na Browar Staropolski.


Idziemy ulicą Kilińskiego, następnie skręcamy w ulicę Łaską, potem Piwną, stąd wchodzimy na ulicę św. Maksymiliana Kolbego, przy której pod numerem 2 znajduje się cel naszej wyprawy. Jesteśmy kilkadziesiąt minut przed czasem, toteż idziemy na spacer do pobliskiego parku, gdzie w towarzystwie kaczek i łabędzia plotkujemy o wszystkim i o niczym.


O 11-stej wchodzimy na podwórze Browaru Staropolskiego, tam wita nas sam dyrektor, pan Ireneusz Jaruga. Poznajemy historię Browaru Staropolskiego, istniejącego od 1892 roku – początkowo jako Browar Parowy Zenona Anstadta - jego pierwszy właściciel należy do znanej łódzkiej rodziny piwowarów. W roku 1916 całe przedsiębiorstwo przejmuje rodzina Markiewiczów, a 31 lat później – należy już do rodziny Blusiewiczów. W 1951r następuje upaństwowienie browaru i włączenie go w skład Łódzkich Zakładów Piwowarskich. W roku 1996 spadkobiercy rodziny Blusiewiczów odzyskują zakład, który przechodzi modernizację a rok później rozpoczynają produkcję piwa jako firma rodzinna pod nazwą Przedsiębiorstwo Produkcyjno Handlowe Browar Staropolski. Browar przechodzi modernizację, zostają zwiększone jego moce produkcyjne do 150 tysięcy hektolitrów piwa rocznie! Niestety, od 2002 roku browar zaczyna poddawać się konkurencji dużych grup piwowarskich, pięć lat później znacznie spada produkcja. Dwa lata temu, w roku 2008, browar przejmują obecni właściciele, którzy do dziś kontynuują produkcję piwa w Zduńskiej Woli. Marka Staropolskie prężnie się rozwija, malują się przed nią korzystne perspektywy, zdobywa coraz więcej zwolenników. Dowiadujemy się też, iż w Browarze Staropolskim piwo warzone jest metodą tradycyjną (fermentacja otwarta), co w 2009 roku zostało zauważone, docenione i uhonorowane złotym medalem podczas spotkania browarników „Chmielaki Krasnostawskie 2009”. W tym samym roku BS otrzymuje złoty medal przyznany na „Polagra Food 2009” dla piwa mocnego oraz certyfikat „Producent Zdrowej Żywności” który przyznaje Korporacja Producentów Żywności. Dowiadujemy się od pana Ireneusza, że na dzień dzisiejszy Browar Staropolski ledwo wyrabia się z produkcją, a zapotrzebowanie stale rośnie; na pewno w dużej mierze przyczynia się do tego narastająca moda na smakowanie picie piw regionalnych.


Po krótkiej lekcji historii poznajemy opakowania piwa i napojów produkowanych w Browarze Staropolskim. Są to aluminiowe puszki 0,5l oraz butelki typu PET 0,5l i 1,5l – te ostatnie z innowacyjnym i unikatowym zamknięciem koszykowym!


Wchodzimy do pierwszego budynku browaru – czteronaczyniowej warzelni, gdzie oglądamy tradycyjne miedziane kotły: warzelny, zacierny, oraz tradycyjne miedziane kadzie: filtracyjna i zacierna; po czym wychodzimy na zewnątrz, gdzie każdy z nas otrzymuje półlitrowy pamiątkowy kufel, oczywiście z logo BS.




Uzbrojeni w szkło – kontynuujemy zwiedzanie. Przez szybę podziwiamy pomieszczenie ze specjalistyczną aparaturą, gdzie panują specyficzne warunki – tam dochodzi do propagacji drożdży. Obok jest inne pomieszczenie, w którym powietrze jest przesycone dwutlenkiem węgla (oddychanie jest dość utrudnione) – tutaj mamy do czynienia z tzw. fermentacją otwartą w kilku kadziach. Próbujemy brzeczki z kadzi dolnej fermentacji. Czy nam smakuje? No jasne! Są nawet malutkie dolewki!





Następnie schodzimy do piwnic leżakowych (znajdujących się aż 3 piętra pod ziemią!), gdzie piwo dojrzewa sobie w sposób naturalny w zamkniętych tankach. Z jednego takiego tanka próbujemy piwa jasnego, jeszcze nie przefiltrowanego – coś przepysznego! (Zamawiamy kega z taką zawartością na Chmielaki Krasnostawskie – ale nie mamy pewności, czy to dostaniemy. ). Smakujemy tez niefiltrowanego jeszcze piwa ciemnego.



Ostatnim procesem produkcji piwa jest jego filtracja – toteż przechodzimy do kolejnego pomieszczenia, gdzie takowa (dwukrotna) ma miejsce. Oglądamy filtr okrzemkowy – nie każdy browar może się takim pochwalić!


Tutaj próbujemy piwa jasnego przefiltrowanego ale jeszcze nie spasteryzowanego. Stąd piwo trafia do rozlewni, następnie przechodzi proces pasteryzacji.


Wychodzimy w świetnych humorach na zewnątrz, gdzie próbujemy produkty końcowe Browaru Staropolskiego: piwo Staropolskie Złote (5%), piwo Mocne Ciemne Staropolskie (9%), piwo Staropolskie Mocne (7%), a także orzeźwiające napoje bezalkoholowe: oranżadę białą, oranżadę czerwoną i lemoniadę.


Na koniec wręczamy podziękowanie i kufel pamiątkowy Bractwa Piwnego, a my dostajemy bardzo ciężkie paczki z napojami (z procentami i bez) i gadżetami firmowymi Browaru Staropolskiego, które z trudem taszczymy na dworzec…



W przydworcowym Barze Szybkiej (WOLNEJ) Obsługi zajadamy się zdrowym amerykańskim jedzeniem (hamburgery) i polskim jadłem (flaczki). Po godzinie czternastej ruszamy pociągiem do Łodzi, gdzie rozstajemy się w świetnych humorach, z nadzieją na kolejną tak udaną wycieczkę!


Piwu Cześć!